Słoń (POL)
Hotel

[Intro]
Hotel, posłuchaj

[Zwrotka 1: Bonus]
W końcu go znalazła, wybranka swego serca
Swoją drugą połówkę, nie zastąpionego męża
Narodziny ich dziecka, wzmocnienie miłości węzła
Piękna przykładna para, idealna byś powiedział
Wspólnie wzięli kredyt by ukręcić swoje gniazdko
Na zamkniętym osiedlu małe przytulne mieszkanko
W którym wiszą obrazy i ich zdjęcia z wakacji
Tych na których się poznali podczas jednej z libacji
Zaimponowała mu tym że grała niedostępną
Ciężko było ją zdobyć, więc się stała poprzeczką
Jego ambicją, celem, wdziękiem kusiła mocno
Chciał jej uchylić nieba, między nogami dotknąć
Ona dziewczyna z miasta, on chłopaczyna z wiochy
Znany z ciężkiej roboty, obce były mu prochy
Naście hektarów ziemi odziedziczyć miał w spadku
Ona wiedziała o tym, widziała przyszłość w dostatku
Jeśli chodzi o seks, sobie równych nie miała
Więc uzależniła go od swego ponętnego ciała
Obciągała mu tak że nie widział w niej wad
Wierzył w każde jej słowo, traktował jak skarb
Dochodziły go słuchy o jej mrocznej przeszłości
Twierdził że to farmazon wymyślony z zazdrości
Gdy obdarzony szczęściem, ludzie podli są, wstrętni
Zresztą z jej opowieści wynika inny pamiętnik
Czego oczy nie widzą tego sercu nie żal
Liczy się tu i teraz, rzeczywistość pożera
Obydwoje pracują aby utrzymać syna
Ona w żabce na kasie, on w warsztacie u kuzyna
W weekend kiedy mają wolne śmigają poza Warszawę
Odwiedzają jego mamę, jedzą obiad, piją kawę
Jeżdżą zawsze jedną trasą, on kierowca i pasażer
Ona wspomina skupiona stare czasy
Bo po prawej mija
[Refren: Bonus]
Hotel, w którym zeżarła nie jedną pigułę
Hotel, w którym besztali ją i jej psiapsiułe
Hotel, gdzie ruchali ją w pysk a potem w dupe
Hotel, w którym bawiła się niejednym fiutem
Hotel, w którym zeżarła nie jedną pigułę
Hotel, w którym besztali ją i jej psiapsiułe
Hotel, gdzie ruchali ją w pysk a potem w dupe
Hotel, w którym bawiła się niejednym fiutem

[Zwrotka 2: Słoń]
Przy hotelu sztywniała jakby zakładała gorset
Bo był symbolem życia które chciałaby zapomnieć
I dobrze wiesz ziombel że zdążyłeś ją ocenić
Ale życie często to nie odgadnione vaudeville
Jej ojciec przepił wszystko, wiedziała że tak będzie
Jej matka miała ją chyba kurwa jeszcze głębiej
Jej dom z rodzinnym ciepłem nie miał wspólnych mianowników
Więc szukała bliskości wśród jednorazowych przygód
Mix koksu i piguł, zero siedem w lodzie
Jednej nocy całkiem niezły gość zabrał ją na loże
Dobrze ubrany koleś mamił ją jak czarodziej
Aż pojechali wspólnie na nasz tytułowy hotel
Najpierw dostała łokieć, następnie but na żebra
Nie mogła się podnieść, co dopiero myśli zebrać
Nasz wesoły koleżka okazał się sadystą
Na szyi obie dłonie jej z całej siły zacisnął
"Ty dziwko!" - wyzywał ją, katował całą noc
Porachował jej zęby, żebra, złamał nos
Fajny gość, nie prawdaż? I wyznał na sam koniec
Że mu chuja może zrobić bo jest prokuratorem
Wychodząc na stole na koniec położył stówę
"Jak cię kiedyś jeszcze spotkam to kurwo pożałujesz!"
Już ani razu w klubie nikt jej nigdy nie widział
Miała dość, chciała uciec od swego pustego życia
Dzisiaj ma faceta i rodzinę którą kocha
Nie chce myśleć o wódzie, nocnym życiu oraz prochach
Nie chce słuchać tego co pierdolą o niej w plotach
I nigdy nie zapomni bólu strzaskanego nosa
Śmieć który ją skopał nie poniesie konsekwencji
Oby nikt nigdy z was kurwa nie czuł takiej presji
Mówię to do pełnoletnich i niech słucha każdy dzieciak
Nie ufajcie obcym, a tego śmiecia jebać
Hotel